| |
AMANI
- Przyjedziesz do mnie ?
- Przyjadę, ale co to za okazja?
-To moje urodziny mówi Amani czarna przyjaciółka Omara z Sudanu.
Już się cieszę na kolejny wyjazd do Gdańska.
Bardo lubię to miasto. Jeszcze bardziej lubię Sopot, który znam
od cielęcych lat. Przyjeżdżałam tam na wakacje do przyjaciół mamy,
potem na obozy szkół artystycznych, a teraz do moich przyjaciół i znajomych.
Do dziś
pamiętam wyprawy z Jelitkowa do Sopotu na fajfy do „NON STOPU” – słynnej kawiarni pod plandeką
przy plaży. Tu śpiewał Czesiek Niemen i Czerwone Gitary. Tańczyło się twista na betonie , którego
strzępy odkryłam kiedyś po latach za płotem nadmorskiej ścieżki. Teraz
najczęściej goszczę u Beaty, którą poznałam przez Amani. Mieszka w hotelu przy akademikach
we Wrzeszczu na Dębinkach – w pięknej, malowniczej, okolicy, gdzie
również mieszkają słynne gdańskie pięcioraczki
Stare domy pamiętające jeszcze pruskie czasy proszą tu o gwałtowną renowację i pamięć.
Mam zamiar zdokumentować tę okolicę przy pomocy aparatu fotograficznego, bo czuję, że niedługo
ten zakątek zniknie z mapy Gdańska.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - --
-
Z Amani
zaprzyjaźniłam się na jakieś trzy lata, póki nie odjechała z Polski. Trochę zwariowana,
niepoważna, ale potrzebująca pomocy Sudanka szukała oparcia i znalazła je trochę w Beacie,
trochę we mnie. Amani nie czuła się dobrze między Polakami. Bywała ofiarą ich chciwości,
gdy spotykali naiwną i bogatą z domu sudańską Murzynkę na swej drodze. Nie było jej
także dobrze między pobratymcami. Była przez nich traktowana jak młodsza siostra,
tropili ją , osądzali za każdy postępek, każdy młodzieńczy wybryk. W końcu była
już dorosłą muzułmańską kobietą. Nawet koledzy
z innych krajów Afryki donosili na nią kolegom z Sudanu. A Amani była swobodna i niezależna,
spragniona świata i zabawy. Była dosyć rozpaskudzoną córką tatusia posiadacza stacji
benzynowych w Chartumie. Jej rodzeństwo kończyło najlepsze koledże angielskie
i zamieszkiwało wraz ze swymi rodzinami
w Anglii i Arabii Saudyjskiej.
Bywając u braci poza Sudanem Amani zasmakowała w dostatnim
życiu inteligencji arabskiej, znacznie bardziej wyemancypowanej w stosunku do rodzimych
obyczajów muzułmańskiej Afryki. Kiedy jako ostatnia
z dzieci wyjeżdżała z młodszym bratem z domu, na studia do Polski nie przypuszczała, że
islamska obyczajowość upomni się o głos w jej rodzinie, w okrutny, nie przewidywalny sposób.
W krajach arabskich rodziną rządzi ojciec, ale domem i domownikami – matka.
Kiedy matka zostaje wdową – jej władza staje się nieograniczona. Dopóki żyje,
żaden z synów, nie zrobi niczego bez jej akceptacji. Babka Amani nie
miała wpływu na małżeństwo swojego pierworodnego, dopóki żył dziadek - jej mąż.
Jej syn, za zgodą ojca, przywiózł sobie żonę z Turcji, co prawda- muzułmankę, ale obcą.
Wiele lat Turczynka, matka Amani, cieszyła się szczęściem w nowej rodzinie.
Urodziła wiele dzieci, wychowała je na ludzi i liczyła na spokojną starość we dwoje, w
ścisłym związku klanowym nawet z tymi dziećmi, które już dawno wyfrunęły z domu. Afrykanie mają
zwyczaj odwiedzać się gremialnie, jak Cyganie, całymi rodzinami zajeżdżają w gości, dają się
karmić, utrzymywać, jak długo mają ochotę, mają też obowiązek rewanżować się tym samym.
Silna więź rodzinna i płynące z niej zobowiązania są typowe dla Afryki.
Tymczasem babka Amani, j ze strony ojca - jako teściowa, w której sudańska ksenofobia nie wygasła - czekała tylko
właściwego momentu, żeby dać upust swojej władzy. Gdy umarł mąż, a kolejne dzieci
opuszczały dom powzięła straszliwy plan, że przepędzi synową Turczynkę na cztery wiatry.
Po wyjeździe Amani do Polski, zaczęła realizować swój zamysł bez
skrupułów oświadczając synowi, że pora się żenić z nową, zdrową, robotną i płodną młodą Sudanką,
która urodzi nowe dzieci, zaopiekuje się teściową i starzejącym się mężem.
Ojciec Amani kochał żonę, ale łamał się wobec nieugiętej woli
matki. Gdy dowiedziała się o tym Amani, kochająca zarówno matkę, jak i ojca, stawała na
głowie, żeby temu przeciwdziałać. Czy się udało?
Tego nie wiem. Nie wiem nawet czy którekolwiek z pozostałych dzieci przejęło się dolą matki tak ,
jak ona. Amani postanowiła nie dopuścić do matczynej banicji, może dlatego niebawem sama
powróciła do domu, żeby się nią zaopiekować?
- - - -- - - - - - - - - - - - - - - --
Przybyłam do Gdańska i zatrzymałam się u przyjaciółki Amani –
Beaty, którą świeżo poznałam i zdobyłam w niej przyjaciółkę na wiele lat. Przyjechałam z
krajanem Murzynki - Omarem. Kupiliśmy jej dużo kwiatów i jakiś prezent. Myślałam, że to będzie
mała impreza w obrębie dwóch pokoi akademickich. Tymczasem gdy weszłam do świetlicy na parterze,
aż zaroiło mi się w oczach. Sala była pełna, nie było w niej prawie Białych, za to bawiła się tu
niemal cała Afryka z polskiego Wybrzeża. Widok był tak niesamowity, jakbym trafiła w inne
miejsce na Ziemi.
Podziwiałam jak tańczą Afrykanie, do muzyki Michaela Jacksona i
Boba Marleya. Poznałam wtedy także kilkoro Hindusów, a wśród nich dzielną dziewczynę, która
radziła sobie z niedostatkiem kieszeni szorując pokłady statków w Gdańskim porcie. I tak oto, moje
dotychczasowe znajomości z kręgu Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej poszerzyły się nagle o wiele
innych stron świata. Zawsze byłam ciekawa innych ludzi, innych krajów, innych
obyczajów. Zaszczepiono mi to już w dzieciństwie. Mając siedem czy osiem lat
przeczytałam cały „Płomyk” poświęcony tradycji
Chin, potem zbierałam czasopismo „Chiny”, które wychodziło w latach 60-tych, później byłam
korespondentem Pen klubu „Radaru”.
Od 11 roku życia pisałam po całym świecie
w różnych językach, których prawie nie znałam - posługując się słowniczkami dla dzieci i dorosłych. Zostało
mi to na całe życie, że spotykałam wielu obcych na swojej drodze. Kiedy byłam już dorosła, sama
także jeździłam nieco po świecie. Bardzo mnie to fascynowało i rozbudzało wyobraźnię, ale
nigdy nie chciałam wyjechać na dobre, nawet gdy zaczynała się Solidarność nie zdecydowałam się na wakacyjny wyjazd do Francji, który planowałam. Chciałam żyć w realiach, które znałam, z którymi umiałam
sobie radzić, wśród swoich, chciałam też mieć dokąd wracać. Wielokrotnie
rozmawiałam z „moimi” cudzoziemcami, jak widzą siebie z perspektywy swojego kraju i wieloletniego pobytu w Europie. Okazało się, że
mają typowy syndrom emigranta polegający na pewnym rozdwojeniu osobowości i braku identyfikacji.
W nowym kraju czują się marginalnie. Nie są u siebie i przez miejscowych są postrzegani jako zupełnie obcy. Nie mają
szansy na robienie karier zawodowych, bo zawsze stoją w tle, jak
trzecia obsada spektaklu. Jednocześnie, kiedy jadą w odwiedziny do domu,
widzą jak wielka bariera oddziela ich od swoich
( rodziny, znajomych, dawnych sympatii ). Życie przesunęło ich o kolosalny dystans do przodu.
Poznali inne kraje, inne języki, studiują, obracają się w kręgu obyczajów swoich
nowych kolegów. W oparciu o nowe realia zmieniają poglądy polityczne i u siebie w kraju nie
są w stanie zaakceptować już niczego, co zostało za nimi. Nie ma z kim rozmawiać, nie ma o czym.
Poznałam kiedyś takich frustratów – uciekinierów z Polski, po drugiej stronie oceanu. Trudna była z nimi
rozmowa.. Większość z nich czuje się do dzisiaj jak piłka rzucona na wodę, która pływa raz w tę, raz
w tamtą stronę, ale nie może się - ani utopić, ani odfrunąć - ni to ryba, ni ptak – ni pies, ni wydra ...– jak mawiała moja babcia.
G. A. Lidtke
|
|