" inna strona medalu " poezja  Grażyny Adamczyk Lidtke                   
           
 

               Inne  publikacje       

      
  autorka
pozostałe  cykle wierszy :

* Piasek Hiszpanii
* Na krańcu świata
* Obrazki kubańskie
* Bella Italia
* Taniec
* Komunikaty z mojego podwórka  
* Rymanów
* Nowe wiersze
* Haiku
* Inne prezentacje w sieci
 
ZWIĄZEK
LITERATÓW
POLSKICH
                  
 teksty zamieszczone na stronie : ZLP / AUTORZY

 

w sieci:

integracja  2007 integracja 2008  you  tube zlp wrocław blogi   powrót
wywiady salonik na Głównym

autograf

prasa wieczór autorski wydania książek


CZŁONKOWIE
 


Grażyna Adamczyk Lidtke


 

   ZWIĄZEK LITERATÓW POLSKICH
 
Oddział Dolnośląski Wrocław
   Grażyna Adamczyk Lidtke - ZWIĄZEK LITERATÓW POLSKICH Oddział Dolnośląski- Wrocław, autorka poezji, 
   poetka Wrocławska, twórczość Poetycka, pisanie, poezja, proza, utwory literackie, Wrocław


AUTORZY
 


GRAŻYNA   ADAMCZYK    LIDTKE
 


Szukaj utworów na stronie  :

http://flamencoarte.com/

 

mgr sztuki, prekursorka tańca flamenco w Polsce; tancerka,  instrumentalista, pieśniarka flamenco, nauczycielka kilku pokoleń tancerzy flamenco. Założycielka pierwszych dwóch polskich szkół flamenco - we Wrocławiu w 1982 r. i w Warszawie w 1991r.   Gra na wielu instrumentach: skrzypce, fortepian, gitara, instrumenty perkusyjne... Uczennica szkół - muzycznej i plastycznej, Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych na wydziale Projektowania Plastycznego i Architektury Wnętrz oraz studia podyplomowe na Wydziale Zarządzania, o profilu pedagogiczno- informatycznym na Politechnice Wrocławskiej. Wieloletni prezes Sociedad Polonia America Latina we Wrocławiu. Podróżniczka, pasjonatka kultur Iberyjskich i latynoamerykańskich, zafascynowana twórczością F. G. Lorki. Twórczyni choreografii teatralnej i opracowań muzycznych w przedstawieniach zawodowych teatrów dramatycznych ( o tematyce hiszpańskiej ) na terenie Polski. Założycielka Akademii Dom Tańca "Pałacyk" we Wrocławiu - wiodącej szkoły tańca w mieście i Agencji Artystycznej. 
   Poetka, - pisze od wczesnych lat dziecięcych, m.in. pamiętniki i wspomnienia z podróży, publikuje w lokalnych czasopismach i almanachach. : "Co Jest Grane", "Skarbnica Współczesnych Poetów", "Bez Kurtyny", "Autograf", "Nietakty".
 
 
 
     AMANI
- Przyjedziesz do mnie ?
- Przyjadę, ale co to za okazja?
-To moje urodziny mówi Amani czarna przyjaciółka Omara z Sudanu.     Już się cieszę na kolejny wyjazd do Gdańska. Bardo lubię to miasto. Jeszcze bardziej lubię Sopot, który znam od cielęcych lat. Przyjeżdżałam tam na wakacje do przyjaciół mamy, potem na obozy szkół artystycznych, a teraz do moich przyjaciół i znajomych.    Do dziś pamiętam wyprawy z Jelitkowa do Sopotu na fajfy do „NON STOPU” – słynnej kawiarni pod plandeką przy plaży. Tu śpiewał Czesiek Niemen i Czerwone Gitary. Tańczyło się twista na betonie , którego strzępy odkryłam kiedyś po latach za płotem nadmorskiej ścieżki.   Teraz najczęściej goszczę u Beaty, którą poznałam przez Amani. Mieszka w hotelu przy akademikach
  we Wrzeszczu na Dębinkach – w pięknej, malowniczej, okolicy,  gdzie również mieszkają słynne gdańskie pięcioraczki   Stare domy pamiętające jeszcze pruskie czasy proszą tu o gwałtowną renowację i pamięć.
Mam zamiar zdokumentować tę okolicę przy pomocy aparatu fotograficznego, bo czuję, że niedługo ten zakątek zniknie z mapy Gdańska. 
   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -- -

   Z Amani zaprzyjaźniłam się na jakieś trzy lata, póki nie odjechała z Polski. Trochę zwariowana, niepoważna, ale potrzebująca pomocy Sudanka szukała oparcia i znalazła je trochę w Beacie, trochę we mnie. Amani nie czuła się dobrze między Polakami. Bywała ofiarą ich chciwości, gdy spotykali naiwną i bogatą z domu sudańską Murzynkę na swej drodze.  Nie było jej także dobrze między  pobratymcami. Była przez nich traktowana jak młodsza siostra, tropili ją , osądzali za każdy postępek, każdy młodzieńczy wybryk. W końcu była już dorosłą muzułmańską kobietą.    Nawet koledzy z innych krajów Afryki donosili
na nią kolegom z Sudanu. A Amani była swobodna i niezależna, spragniona świata i zabawy. Była dosyć rozpaskudzoną córką tatusia posiadacza stacji benzynowych w Chartumie. Jej rodzeństwo kończyło najlepsze koledże angielskie i zamieszkiwało wraz ze swymi  rodzinami
w Anglii i Arabii Saudyjskiej.     Bywając u braci poza Sudanem Amani zasmakowała w dostatnim życiu inteligencji arabskiej, znacznie bardziej wyemancypowanej w stosunku do rodzimych obyczajów muzułmańskiej Afryki. Kiedy jako ostatnia
 z dzieci wyjeżdżała z młodszym bratem z domu, na studia do Polski nie przypuszczała, że islamska obyczajowość upomni się o głos w jej rodzinie, w okrutny, nie przewidywalny sposób.    W krajach arabskich rodziną rządzi ojciec, ale domem i domownikami – matka. Kiedy matka zostaje wdową – jej władza staje się nieograniczona. Dopóki żyje, żaden z synów, nie zrobi niczego bez jej akceptacji.   Babka Amani nie miała wpływu na małżeństwo swojego pierworodnego, dopóki żył dziadek - jej mąż.
Jej syn, za zgodą ojca, przywiózł sobie żonę z Turcji, co prawda- muzułmankę, ale obcą. Wiele lat  Turczynka, matka Amani, cieszyła się szczęściem w nowej rodzinie. Urodziła wiele dzieci, wychowała je na ludzi i liczyła na spokojną starość we dwoje, w ścisłym związku klanowym nawet z tymi dziećmi, które już dawno wyfrunęły z domu. Afrykanie mają zwyczaj odwiedzać się gremialnie, jak Cyganie, całymi rodzinami zajeżdżają w gości, dają się karmić, utrzymywać, jak długo mają ochotę, mają też obowiązek rewanżować się tym samym. Silna  więź rodzinna i płynące z niej zobowiązania są typowe dla Afryki.   Tymczasem babka Amani, j ze strony ojca - jako teściowa, w której sudańska ksenofobia nie wygasła - czekała tylko właściwego momentu, żeby dać upust swojej władzy.  Gdy umarł mąż, a kolejne dzieci opuszczały dom powzięła straszliwy plan, że przepędzi synową Turczynkę na cztery wiatry.
Po wyjeździe Amani do Polski, zaczęła realizować swój zamysł bez skrupułów oświadczając synowi, że pora się żenić z nową, zdrową, robotną i płodną młodą Sudanką, która urodzi nowe dzieci, zaopiekuje się teściową i starzejącym się mężem. 
  Ojciec Amani kochał żonę, ale łamał się wobec nieugiętej woli matki. Gdy dowiedziała się o tym Amani, kochająca zarówno matkę, jak i ojca, stawała na głowie, żeby temu przeciwdziałać.
  Czy się udało? Tego nie wiem. Nie wiem nawet czy którekolwiek z pozostałych dzieci przejęło się dolą matki tak , jak ona. Amani postanowiła nie dopuścić do matczynej banicji, może dlatego niebawem sama powróciła do domu, żeby się nią zaopiekować?

- - - -- - - - - - - - - - - - - - - --    

    Przybyłam do Gdańska i zatrzymałam się u przyjaciółki Amani – Beaty, którą świeżo poznałam i zdobyłam w niej przyjaciółkę na wiele lat. Przyjechałam z krajanem Murzynki - Omarem. Kupiliśmy jej dużo kwiatów i jakiś prezent. Myślałam, że to będzie mała impreza w obrębie dwóch pokoi akademickich. Tymczasem gdy weszłam do świetlicy na parterze, aż zaroiło mi się w oczach. Sala była pełna, nie było w niej prawie Białych, za to bawiła się tu niemal cała Afryka z polskiego Wybrzeża. Widok był tak niesamowity, jakbym trafiła w inne miejsce na Ziemi.  
   Podziwiałam jak tańczą Afrykanie, do muzyki Michaela Jacksona i Boba Marleya. Poznałam wtedy także kilkoro Hindusów, a wśród nich dzielną dziewczynę, która radziła sobie z niedostatkiem kieszeni szorując pokłady statków w Gdańskim porcie. I tak oto, moje dotychczasowe znajomości z kręgu Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej poszerzyły się nagle    o wiele innych stron świata.    Zawsze byłam ciekawa innych ludzi, innych krajów, innych obyczajów. Zaszczepiono mi to już w dzieciństwie. Mając siedem czy osiem lat przeczytałam cały  „Płomyk”  poświęcony tradycji Chin, potem zbierałam czasopismo „Chiny”, które wychodziło w latach 60-tych, później byłam korespondentem Pen klubu „Radaru”.          
    Od 11 roku życia pisałam po całym świecie w różnych językach, których prawie nie znałam - posługując się słowniczkami dla dzieci i dorosłych. Zostało mi to na całe życie, że spotykałam wielu obcych na swojej drodze. Kiedy byłam już dorosła, sama także jeździłam nieco po świecie. Bardzo mnie to fascynowało i rozbudzało wyobraźnię, ale nigdy nie chciałam wyjechać na dobre, nawet gdy zaczynała się Solidarność nie zdecydowałam się na wakacyjny wyjazd do Francji, który planowałam. Chciałam żyć w realiach, które znałam, z którymi umiałam sobie radzić, wśród swoich, chciałam też mieć dokąd wracać.   Wielokrotnie rozmawiałam z „moimi” cudzoziemcami, jak widzą siebie z perspektywy swojego kraju i wieloletniego pobytu w Europie. Okazało się, że mają typowy syndrom emigranta polegający na pewnym rozdwojeniu osobowości i braku identyfikacji. W nowym kraju czują się marginalnie. Nie są u siebie i przez miejscowych są postrzegani jako zupełnie obcy. Nie mają szansy na robienie karier zawodowych, bo zawsze stoją w tle, jak  trzecia obsada spektaklu. Jednocześnie, kiedy jadą w odwiedziny do domu, widzą jak wielka bariera oddziela ich od  swoich ( rodziny, znajomych, dawnych sympatii ).
  Życie przesunęło ich o kolosalny dystans do przodu. Poznali inne kraje, inne języki, studiują, obracają się w kręgu obyczajów swoich nowych kolegów. W oparciu o nowe realia zmieniają poglądy polityczne i u siebie w kraju nie są w stanie zaakceptować już niczego, co zostało za nimi. Nie ma z kim rozmawiać, nie ma o czym.
   Poznałam kiedyś takich frustratów – uciekinierów z Polski, po drugiej stronie oceanu. Trudna była  z nimi rozmowa.. Większość z nich czuje się do dzisiaj jak piłka rzucona na wodę, która pływa raz w tę, raz w tamtą stronę, ale nie może się - ani utopić, ani odfrunąć - ni to ryba, ni ptak – ni pies, ni wydra ...– jak mawiała moja babcia.
                                                                                                           G. A. Lidtke

 

 
 
 
  Na śmierć Federico

Cynowa tarcza księżyca
odbija śliski promień
na lufie karabinu,
celuje w białość czoła
p o e t y

Pobladła ciepła skóra
śnieżną mgłą się zasnuła

Ach!
Przestrach, trzepotanie…
Serce wypełnia słodycz
sokiem granatu pełne
t o   j u ż ?

Lepkość pianą zasycha
i gorzko szczypie w język.
Struchlałe oczy śledzą
pełznący ruch świetlika
na lufie karabinu.

Ach!
Serce, czy stanie zanim
otwarta rana wytryśnie
karminem malin rozdarta ?

Zimny metal w napięciu
drży naciągniętą struną,
zanim uderzy weń golpe
palca w ton Carceleras

Perliste gwiazdy potu
układają łuk tęczy
na brylantowym czole…

- Nie umieraj poezjo !
Czy nie ma już ratunku ?

Cynowe lustro księżyca
odbija smutek twarzy
i białka oczy ścina
porcelanowym szkliwem rozpaczy
Aj, jaj !

Zaraz umrze poeta.
Czy przetnie potok wiersza,
który się właśnie rodzi
i chce wybuchnąć oranżem
nasturcjowego płomienia
tuż u wylotu ust ?

 

  Cyngiel głaskany palcem
przenika prąd niecierpliwy,
ożywia serce podnietą
metalowego gromu.

Przyciśnij mnie żołnierzu
pobudź rozkoszne drgawki
srebrną kul a w gardzieli.

Ach!
Wytryśnij purpurą
róż pąkami, co niosą
na każdym płatku słowo,
słowo nie zapisane,
słowo, co zanim wyszło
zza firan białych zębów
uwięzło w morzu czerwieni
Pokaleczonej krtani
Rozdartej wielkim krzykiem
Aj, jaj !

Zbyt młody jesteś poeto
i wiersze nazbyt piękne
pójdą na zatracenie…

Khh! – ześliznął się palec…

Spust w paroksyzmie rozkoszy
plunął świetlistą flegmą
i znów stalowy promień
zagrał na grzbiecie lufy
zimnym cynowym błyskiem.

Księżyc opuścił tarczę
zajrzał w twarz Federico
i chuchnął cynowe łzy
w białka oczu z metalu.

Przewrócił się świat i zamarł
a czerwień płynęła rzeką
z malin
i niosła pąsowe róż płatki
z odrobinami słów pięknych,
nie zaistniałych jeszcze wierszy.

Tak umarła poezja

                                                         2009

golpe-   silne uderzenie palcem gitarzysty w pudło
rezonansowe przy grze techniką flamenco
Carceleras - hiszpańska pieśń pokutnicza
więzienna
 
 

  © by Akademia Dom Tańca Pałacyk