| |

Rawenna
Długie kilometry trotuaru przez piękne miasteczko,
które co rusz podsuwa urocze zaułki i place ciekawemu turyście.
Tutaj mały przytulny rynek rozpasany renesansową mini repliką placu
św. Marka w Wenecji. Mniejsza skala, ale więcej przytulnego uroku.
Tu w kafejce zanurzam usta
w czerń bardzo smacznej kawy mocate
italiano. Ilości kawy – śladowe, za to duża frajda smaku.
Oczy
przyciąga na każdym kroku smakowity
wygląd włoskiego specjału –
lodów o baśniowych kompozycjach: tiramisu, la zuppa inglesa,
zabayonne.
Widziałam już grób Dantego i jedną z perełek wczesno bizantyjskiej
sztuki – bazylikę De Classe – pełną podsufitowych mozaikowych
dekoracji. Nie miałam jednak szczęścia, bo ta piękna halowa
konstrukcja, pełna światła, powitała mnie ściskiem tłumu wiernych.
Nie było warunków do kontemplacji wiekopomnych dzieł, zresztą nie
dla tej bazyliki przybyłam tu do Rawenny – dawnej stolicy hrześcijańskiego świata.
Studiując historię sztuki na swojej akademii, zachowałam wspomnienie
o bardzo ważnej budowli, która stała się punktem zwrotnym sztuki
bizantyjskiego zachodu – o kościele Il Gesu. Pytania dotyczące tego
zabytku były nieodłącznym elementem każdego egzaminu z wiedzy
teoretycznej.
Za moich czasów – jak mawiała moja babcia – nie było
dobrej poligrafii,brakowało pięknie ilustrowanych książek.
Większość wiadomości pochłanialiśmy oglądając kiepskie czarno-białe
zdjęcia lub ryciny. Z rzadka trafiały się albumy ledwie z kilkoma
zdjęciami w kolorze. Niekłamaną namiętnością wrocławskiej
inteligencji lat 60-tych i 70. były zakupy w radzieckiej
księgarni w Rynku, gdzie można było
poznać trochę arcydzieł z pięknych kolorowych albumów, tyle tylko,
że najczęściej obejmowały one sztukę Europy w zbiorach radzieckich
muzeów. Bywały wprawdzie także kolekcje światowych muzeów, np.
Galerii Prado lub Galerii Uffizzi czy Luwru, stanowiły one jednak
mniejszość. Kupowało się więc książki i z dumą ustawiało na półkach,
by w skupieniu kontemplować arcydzieła.
Od dziecka obłożona byłam pięknymi książkami dzięki mamie, która nie
tylko sama zbierała wartościowe wydania, ale prowadząc filie
biblioteczne zamawiała ogromne ilości wydawnictw
albumowo-encyklopedycznych dla swoich czytelników w bibliotece.
Znosiła je potem do domu, żeby napawać się pięknem świata.
Jeszcze na wstępie, pokonując krużganki podwórza wokół bazyliki,
czułam, że portyk z białego marmuru zbliża mnie do niezwykłej
tajemnicy. Nigdy nie podejrzewałabym, że tutaj w Rawennie znany, ale
bardzo skromnie fotografowany wizerunek Chrystusa Pankratora, zrobi
na mnie tak piorunujące wrażenie.
Wrażenie spotęgowało niezwykłe światło wdzierające się przez duże
okna, których szyby składają się z okrągłych gomółek szkła. Sączyła
się przez nie złota poświata na przeciwległe ściany wewnętrznej
rotundy. W blasku tego światła zachwycająco lśniły niezwykłe oczy
cesarza Justyniana, jego żony, cesarzowej Teodoryki, ubranych w
złociste szaty.
Było dość późne popołudnie i nie miałam zbyt wiele czasu, ale nie
miałam ochoty ruszyć się stamtąd. Ogrom bazyliki, masa kamienia, ta
lekkość wysokiego sklepienia kopuły zaburzyła moje wyobrażenia o
sztuce przedromańskiej.
Biało kremowe ściany, potężne okrągłe łuki filarów, tak opasłe i tak
niebotyczne – pełne harmonii proporcji! Mimowolnie porównuję do nich
małe, przysadziste, ciasne pozostałości romańskich zabytków w
Polsce. Myślałam, że Il Gesu jest podobne do maleńkiej cerkiewki
Bojana pod Sofią lub rotundy w Strzelnie, ale – to zupełnie inna
skala. Jak zwykle w takich momentach szwankował mi aparat. Ledwo
wysiadłam z autobusu i weszłam w główną arterię Rawenny, ustawiłam
męża do zdjęcia na tle... i tak niefortunnie wyjmowałam aparat, że
wywinął salto i upadł na krawężnik wgniatając obiektyw. Manipulacja
ostrością i głębią obrazu zakończyła swój żywot. Jeszcze udało się
czasem zrobić jakieś fotki później w optymalnych warunkach, ale tu w
Il Gesu było zbyt ciemno. Musiałam więc zapamiętać ten fenomen
architektury, napatrzyć się i zachować to niezwykłe wrażenie, ten
obezwładniający zachwyt.
Chciałam tu zostać i trwać wpatrzona w
pozłociste błyski kamiennych drobin opowiadające o zamierzchłych
czasach bogatego Bizancjum. Miałam obawy, że czar, który opadł na
mnie złotym pyłem światła w Il Gesu rychło przeminie w lawinie
nowych zdarzeń i pejzaży.
A jednak błogosławiący gest Chrystusa
naznaczył mnie trwale pamięcią i stał się powracającą mantrą
kontemplacji nad bezmiarem piękna.
|
|
Cholita
– Pokażę pani pracownię - rzekła seniora Boltz
– ale nie
tu, na Barranco.
Biała limuzyna rozcina w biegu miasto na pół.
Bezkresna
Lima, piękna Miraflores, luksusowa
dzielnica strojna w
bajkowe pałace, San Isidro
tonące w zamkniętych na
głucho szklanych
pudełkach domostw ( Nie wchodź bez
uprzedzenia i tak cię nie wpuszczą ).
Lima otoczona na zboczach wielkich gór
wianuszkiem bariades, tutejszych slumsów,
w śmiesznym seledynowym
kolorze –
zasługa prezydenta, bo to przykro tak patrzeć
jak za rzeką Rimac wspina się hałda szpetoty.
Wczoraj Maria mówiła:
– No popatrz sama, tu zamieszkuje prezydent
w Pałacu
Gubernatora.
Rzeczywiście, od strony placu de Armas stoją barwni
żandarmi, jak kolorowe kukły.
A z tyłu co? Piękne ogrody
z parkanem,
a za nimi, tuż
po drugiej stronie rzeki –
ściana dzielnic nędzarzy.
Niemiło wychodzić
co rano na balkon
rezydencji i oglądać
wysypisko chałup skleconych z byle czego. Pan prezydent
zarządził i znalazły się pieniądze, by
przemalować górę.
– Ale skąd ten seledyn, co razi oczy
przybysza?
– Co chcesz, tu wszyscy malują domy
na zielono lub
różowo.
Nam się to podoba.\
Oddalając się od centrum miasta
podążamy na zachód w
kierunku
wybrzeża do uroczej dzielnicy Barranco.
Słońce
ciepłym zimowym dotykiem omiata
czupryny krzewów
pomarańczy.
To ulica artystów.
Tu rozsiadły się nowobogackie knajpki
i sklepy artesanias pełne lokalnej „cepelii”.Pośpieszni budowlańcy prują stare
domostwa, bebeszą ich
zaplecza i tworzą
nowoczesne wnętrza. Chronią tylko
fasady strojne w portale i frontony,
poszerzają okna.
Małe ciasne lepianki
z nie wypalanej cegły adobe
zmieniają
się w luksusowe siedziby tonące nawet
zimą w
zieleni i kwiatach.
– To sprawia nasza garua, zimowa mgła,
która co wieczór
nawiedza wybrzeże
Pacyfiku i sprawia, że tyle tu zimą
wilgoci.
-
Włóż tylko kij do piachu a sam zakwitnie !
–
śmieje się pani
Boltz.
– Zobaczy pani na patio w mojej pracowni,
jak pięknie
wszystko rośnie.
– To już tutaj.
Z fasonem przystaje pod niedużym domem
pojazd pana Boltza. Przez drzwi za solidną
kratą w głąb korytarza
prowadzi gospodyni.
– To moje królestwo.
Pracownia pełna tkanin, projektów i obrazów,
rysunków
bardzo innych, niż te, które
dotąd widywałam,
niezwykłych, inspirowanych miejscowym folklorem i
kolorytem.
– O! jakie piękne patio!
– A! właśnie o nim mówiłam – przypomina
pani Boltz.
– Tu lubię posiedzieć i pokontemplować
zieleń. Stąd do
sali wpada dużo światła
i do przedsionka, i na schody.
Budowla typowa dla tej części świata.
Zewnętrzny obrys
murów nie dopuszcza
wścibskich oczu do wnętrza. Wąski
korytarz,
otwarty na niebo, od wejścia wiedzie
do
wewnętrznego patio.
Podziwiam jej drobne rysunki, impresje
indiańskie miękko
lawowane akwarelą i
temperą. Widzę, że przez wiele lat
obcowania z pampą Argentyny i puną
peruwiańską pani Boltz, urodzona w polskiej rodzinie emigrantów, stała
się prawdziwą
Latynoską, która ogląda świat oczyma
Indian,
Metysów i Kreoli.
– Zapraszam na podwieczorek, pozna pani
moją nową
córeczkę Ewitę.
To indiańskie
dziecko, które niedawno
adoptowaliśmy
z mężem.
Ci Indios są tacy biedni i
nieszczęśliwi. Muszę jeszcze coś dobrego zrobić dla tego
kraju, uratować choćby to jedno dziecko.
Zaraz je pani
zobaczy.
Po niedługim czasie wracamy inną drogą,
nie przez
miasto, tylko wybrzeżem Pacyfiku.
Zawijasami serpentyn
do stóp Barranco
spada pędem biały kolos pana Boltza,
przez
pylisty piach wprost na Panamericanę – najdłuższą
szosę świata lizaną falami Pacyfiku.Ciężkie nawisy
piaszczystych boków wygrzewa
tu
tasiemcowa Atakama, pustynia ciągnąca
się do Chile i
dalej na południe, niemal po
Ziemię Ognistą.
Kilkudziesięciometrowe klify
nabrzeża osypują zbędne
tony piasku wprost
na szosę. Ocean mlaska ozorem i
wylizuje
spęczniałe boki pustyni jak smaczne kawały
tortu.
– Kiedyś to się oberwie – mówi pani Boltz –
ale nas już
nie będzie w tej dziwnej ziemi
Peru. Zrobiło się tu niebezpiecznie.
Za dużo biedy.
– Trzeba coś uratować i spokojnie wracać
do domu, do
Europy.
Dziwnie to brzmi w ustach osoby, która w
Europie bywała
tylko przejazdem
w
odwiedzinach u krewnych swojego
arystokratycznego męża. Ale pani Boltz
jest pewna
siebie. Jest kobietą sukcesu,
byłą Miss Argentyny, i
nigdy nie zgodzi
się poświęcić choćby odrobiny swojej
wygody i majątku w niepewnej sytuacji kraju,
w którym
mieszka.
– Trzeba stąd wyjechać! Jeszcze trochę
zarobimy. Chcemy
tu otworzyć
na Barranco
małą restaurację, a potem…
Adios!
W tym momencie do pokoju zajrzała mała
indiańska
dziewczynka.
– O co chodzi cholita? Dygnij! No dygnij!
Ty smarkulo!
Przecież mamusia
ci każe.
– No widzi pani, co za dziecko! To strasznie
krnąbrny
mieszaniec.
Oni tacy już są.
Więcej uporu niż
posłuszeństwa –
wyjaśnia pani Boltz.
Mała stała jak typowa cholita, nie reagując
na wyzwiska,
bez ruchu, patrząc tępo przed siebie.
– No! Powiedz dowidzenia! Jak cię uczyłam?
Spod czarnych rzęs patrzą na mnie
uparte ciemne oczy
przesłonięte wysoką
kokardą na czubku głowy. Mała
sześcioletnia
dziewczynka odziana w frymuśną falbaniastą
biało-różową sukienkę – jak w przedwojennej Europie.
Trochę się
wstydzi obcych, trochę
się boczy, ale jest
zaciekawiona.
– Trzeba dla niej coś zrobić, tyle tu nędzy
dokoła –
wzdycha pani Boltz.
– Ja ją dobrze wychowam i wykształcę i…
zrobię z niej
człowieka.
Pan Boltz dyskretnym uśmiechem w milczeniu kiwając głową
potwierdza
wielkopańską koncepcję żony.
Biedna mała cholito ! – pomyślałam.
– Nie wrócisz na Barranco ani na Salvador.
Nie jesteś
już Indianką.
Zapakują cię w folię, obwiążą kokardą
i postawią na
półce: etniczną śpiącą lalę
gdzieś w berlińskiej
witrynie.
Żal mi ciebie…
Lima 1987 |
|