Grażyna Adamczyk Lidtke
"
inna strona medalu "  wiersze 

     *BESKIDZKI CZAR* 6

Rymanów :     1       2       3       4        5        6            powrót
 
foto G.A. Lidtke

PRZYGODA


Gdy jechałam w Beskid Bliski
to wiedziałam, że kraina
gdzie podążam – jeszcze dzika,
że przygoda sie zaczyna.
Znałam góry te za młodu,
gdym dzierlatką będąc jeszcze
próbowała je pokonać
na wieczornej raz wycieczce.

Był listopad, jesień złota.
Zima jeszcze w dali stała
gdy wycieczka po Bieszczadach
w Nowym Sączu postój brała.

Piękna była okolica.
Buki w pąsach głóg w czerwieni.
Nad Soliną - jak weselny –
szedł korowód barw jesieni.
Żółcie, złota, pomarańcze,
tam purpura się rozjarzy,
to znów zieleń i malachit i kobalty
– jak z witraży.
A w listowiu promień tańczy,
tańczy słońce pozłociste.
Tu zabłyśnie, tam rozjaśni
drżące na konarach liście.
Feeria barw, świat urodziwy,
jak zaklęty w stronach baśni.
Tafla wody- cud prawdziwy !
Tylko spojrzyj, potem zaśnij
i w pamięci – snu słodkiego
rozpamiętuj grę koloru
i tę przestrzeń i tę ciszę
i błękitny cień wieczoru,
co nadchodził...

W koło spokój, nic nie gada,
nawet woda tu nie pluszcze.
Słońce jasne – rzęs promienie
swe ogląda tak jak w lustrze.


Gdy powrotna droga biegła
poprzez góry i wądoły
zaprzężone jeszcze w kierat
szły przez pola ciężkie woły.
Pług ciągnęły, czy też bronę
w górę , w dół i znów pod górę.
Wolnym krokiem posuwając –
szedł za nimi patrząc w chmurę
rolnik w rozwianym kaftanie,
w czapce – ręką pot ocierał.
Za nim grzęznąc – kobiecina,
której wiatr chuścinę zdzierał
.
( Dziś te góry odmienione... )

W doborowym towarzystwie
- będąc wówczas w młodych leciech,
razem postanowiliśmy powałęsać się po świecie.
Sama zarządziłam wyjście
- prosto w góry, po kolacji, by poszukać górskich szlaków
pełnych przygód i atrakcji.
Zakupiliśmy latarkę, co ostatnia w kiosku była.
Z mapą w dłoniach – cel wyprawy
grupa sobie wytyczyła.
Jest rezerwat, w nim schronisko
- wyglądało nader blisko,
z dwie godziny wędrowania,
później nocleg i z powrotem,
wprost do Sącza, koło rana.

Idzie w górę grupka mała.
Niezbyt dobrze szlak znaczony.
Czasem trudno znaleźć znaki
na kamieniu odwróconym.
Droga wiedzie poprzez łąki
ścieżynami co sie wiły,
a wtem nieoczekiwanie
krople deszczu się zjawiły.
Coraz mocniej deszcz zalewa
ścieżki, krzewy i kamienie.
Coraz trudniej iść do góry
przez rozmiękłą śliską ziemię.


W końcu wiatr nas zaczął trącać
i przeszywać aż do kości.
Coraz mniej w nas entuzjazmu
i zabrakło już radości.
Nadal pniemy się pod górę
tam do lasu, byle dalej.
Może tam ciut słabiej pada
i nie wieje może wcale ?
Las już blisko, ale oto
słońce gaśnie, zmierzch nastaje,
a w wilgoci latarenka
coraz słabsze światło daje.
Nagle wiatr kierunek zmienia
i do oczu śnieg nam wpycha
ostry, zimny, lodowaty ...
trudno iść, trudno oddychać.

Patrzcie ! Obok coś zaświeci.
Tu zielone ślepia błysną
a przodu, z boku, z lewa, z prawa,
znów błysnęło, potem prysło ...
Strach nas jeszcze nie obleciał,
ale bardzo już marzniemy.
Gdzie rezerwat ?Gdzie schronisko ?
Nie dojdziemy, nie ma mowy !
Trzeba szukać ludzkich siedzib,
ale tutaj ? Bądźże zdrowy !
Póki co, nadal idziemy.
Mokre wszystko, ziąb przejmuje.
Wreszcie w dali jakieś światło
tam za lasem połyskuje.
Śnieg przeszkadza, lecz idziemy.
Nikt z nas już nie oponuje.

Stary dom solidny, z belek,
długi strzechą jeszcze kryty
w nim dwie izby : czarna, biała
i obórka dla zwierzyny.
Przez niewielkie dwa okienka
na podwórko świeci światło.
Gdyby ktoś je zgasił nagle
trafić by nie było łatwo.


Zapukałam wiec nieśmiało
w drzwi, co wnet sie uchyliły.
Gospodyni na próg wyszła.
Dziwuje się z całej siły,
że po nocy nas gromadka
całkiem sama błądzi w znoju.
Zaprosiła, posadziła, chleba dała, jajecznicy,
a na koniec kubek mleka od krowiny,
wprost z udoju.
W tej to chacie czystej, ciepłej,
zbudowanej z mocnych bali
trzeba było już pozostać
na noclegu u Górali.

Góral z żoną jeszcze młodzi
aż dwanaście pociech mieli.
Wszystkie w rajtkach i sukienkach -
tak , jak stały – już w pościeli.
Sześć leżało w łóżku taty,
a sześć w mamy dużej pryczy.
Gdybyś zechciał być dokładnym,
to się w ogóle nie doliczysz.

Dla wędrowców zgotowano
na podłodze wielkie spanie
na podwójnych pierzyniskach,
by nie zmarzły - zwłaszcza panie.
Zanim sen spóźniony przyszedł
na turystów utrudzonych
Góral zaczął opowiadać,
no i przyniósł album żony.
Nim rozpoczął opowieści
- jak tu żyli i od kiedy -
grzecznie spytał , czy zwierz jaki -
tam pod lasem nas na drodze nie powitał ?
Jeśli nie wilk, to ryś może,
bo to pora, już pod zimę.
Pada śnieg i może z lasu
mróz wypędzać już zwierzynę
bliżej ludzi, tam gdzie kury,
albo krowy, czy barany
 ( gdy pójdziemy górska ścieżką
 pewnie świeży trop spotkamy ).


Góral dziwi sie mieszczuchom,
młodym ludziom, co po nocy
wybierają się w nieznane,
żeby zbłądzić po północy.
Strach obleciał mnie po krzyżu.
Toć coś koło nas łaziło !
A że nic nie było widać,
nawet nas nie poruszyło.
Oj młodziaki ! Śpijcie szybko
i do dnia na powrót w drogę,
a na trasie uważajcie,
bo was Wilcy zwietrzyć mogą..

Nie wierzycie ? Tu popatrzcie !
W albumie mam fotografię.
Co tu zimą można spotkać
opowiedzieć nie potrafię.
A na zdjęciu czterech baców
trzyma kota... nie tygrysa !
To był rabuś,
co mi zakradł się do krówek..
Łeb mu zwisa, ogon długi,
pędzle w uszach,
a w poduchach łap – pazury.
Ryś ogromny, co od dawna
zamieszkiwał tutaj góry.

Oj! nie byłoby wesoło
gdyby spotkać go na drodze.
Mógłby zabić, nadgryźć nieco,
albo poturbować srodze.

Potem Góral opowiada
jak od dziecka w góry chadzał
i przez wierchy, na Słowację
partyzantów przeprowadzał.
I dziś jeszcze nadal chodzi
tam na Czechy z kontrabandą.
Przecież ciężko mu utrzymać
gospodarstwo z dzieci bandą.

Podziwiamy proste życie
i hart ducha i pogodę,


lecz pytamy czyliż chodzą
gdzieś do szkoły dzieci młode ?
Jakże ! Chodzą. Wprost przez góry.
Aż do Sącza dojeżdżają,
a jak schodzą, to w kolejkę
sprytnie wnet się ustawiają.:
małe z przodu, duże z tyłu.
Idą dzielnie poprzez hale,
czy jest wiatr, czy niepogoda
- one się nie boją wcale
i gęsiego przez pagóry
idą raźno wprost do szkoły,
a gdy szlaki śnieg zasypie
- tata kupić musi woły.
Wtedy przodem idzie tata,
przed nim wołek szlak przeciera,
a za nimi koleiną
wszystkie dziatki idą teraz.
Idą tak do autobusu
i wracają jedna drogą.
Czasem gdy znów sypnie śniegiem,
to doczekać się nie mogą,
czy znów tato z wołkiem przyjdzie ?
Potem znów równiutkim krokiem
pomykają przecineczką
wprost do domu, nad strumykiem.

Ciężka dola, życie twarde,
ale oto północ bije !
Każdy z nas się szybko zbiera
do snu, ledwo sie umyje
w misce z wodą, z wiadereczka,
co dla wszystkich starczyć musi.
Jeśli komuś nie starczyło -
juz na mycie się nie skusi
aż do rana, gdy poleci do źródełka
ciągnąć wodę..

Tak padaja ze zmęczenia
głupie miejskie cepry młode.
Sen przychodzi szybko cichy.
Rano znów chleb z pieca, mleko...
W suche ciuszki sie ubrali

i choć ciężko pod powieką -
wracać trzeba.
Już Góralka uśmiechnięta
trasę na dół nam objaśni
a słoneczko spoza góry
piękny widok nam rozjaśni.
Choć tu nigdy nie wrócimy,
Do widzenia ! Dziękujemy !
Przecież jednak coś z nastroju
tej krainy zabierzemy.

Lat minęło ze trzydzieści
i znów wracam w tamte strony,
i oglądam, i sie dziwię
- jakże kraj ten odmieniony...
Tu – jak dawniej – wróbli nie ma
nad lasami fruną kaczki.
Woły wyszły juz z użycia,
nawet konie – nieboraczki.
Hen ! Na stokach rosną domy,
pawilony, pensjonaty.
Odmieniają swe postacie
nawet z drzewa starechaty.
Pokoje do wynajęcia, telewizja z satelity
Już nie każdy tu przyjedzie,.
Luksus - tylko dla elity !
Wszędzie pieniądz, a z pieniądzem
już wkraczamy do Europy.
Tylko gdzie nam się podziały
te poczciwe stare chłopy ?w

Tu ogródki i fontanny,
tu asfalty, samochody.
Juz inaczej szedłby w góry
zagubiony człowiek młody.
W górach zginie = niewątpliwie,
bo tu jeszcze dzikie drogi,
ale nawet nie próbuję
iść na halę – nie te nogi !
Teraz spacer po alejkach
trochę drogą , trochę szosą.
Ani wyczyn, ni fantazja.
Strach ze sobą wszyscy niosą.
8

strach przed ludźmi, przed zwierzyną
przed splątanych ścieżek mrowiem.
Każdy kaszle, cherla, skrzypi
i choć jedzie tu po zdrowie,
woli leżeć na tapczanie,
telewizję pooglądać,
iść do sklepu, do kawiarni,
ponarzekać, czegoś żądać...

A te góry piękne stoją,
zapraszają ścieżynami
Odkrywają cuda leśne
ukryte pod konarami.
Choć czas minął, one stoją :
dziwne, dumne, tajemnicze.
Piętrzą garby niewysokie,
lecz zdradliwe i dziewicze.
Czasem rzucą wprost pod nogi
wiatrołomów dywan suchy.
Czasem wichrem opętane
z wnętrz wydają pomruk głuchy.
Zima iskrzą się perliście.
Barwą krzyczą jesieniami.
Latem tulą głowy w liście
Wiosną płaczą strumieniami.
Pełna Elfów i Chochlików
ta kraina niepoznana.
Mocno czuje ja i słyszę
- jej urodą omotana.

Ręka świerzbi by, by malować
wszystko to ,co widzę, słyszę
i dlatego zamiast gadać
o niej właśnie wiersze piszę.





 
 



pani Jasia   foto G.A.Lidtke

BALLADA O PANI JASI

Pani Jasia w Rymanowie
reperuje sobie zdrowie.
Przybyła tu z pod Warszawy.
Nie odmawia nam zabawy,
na wycieczki wszystkie chodzi
i nic jej to nie zaszkodzi,
że laseczką sie podpiera.

Wnet się wielki dziw wydarza..
Mknie wycieczka w autokarze.
Tu przewodnik nas pogania
do raźnego wędrowania.

Pani Jasia z laską w Desznie
mknie ku wyjściu - niepospiesznie.
I za grupą , co zwalniała
drobnym truchtem podążała.

Patrzy Zosia i Grażyna.
Gdzież to nasza jest Janina?
Idzie sobie drobnym kroczkiem..
o! przemyka nad potoczkiem.
- Pomóc trzeba ?
Ależ , skądże !
Przecież ja za Wami zdążę.

Droga przez las.
- Tu zwiedzanie
- tam widoków oglądanie.
W Iwoniczu - z górki w górkę...
Ktoś tam kwęka,
ma rupturkę ...

A gdzie Jasia ?
Patrzcie !
Przecie ona dawno już na m e c i e.

Innym razem w Bardejovie
( znów nowinę Wam opowiem )
Pani Jasia z tyłu bieży,
a tu zima, śnieżek świeży.


Do skansenu się zbliżamy,
ciekawostki oglądamy :
i muzeum, park i zimę ...
wtem znów Jasi nie widzimy !
Gdzieś została. Nie narzekać!
Czas zawrócić i poczekać.
Ale Jasi nie ma wcale,
no a grupa idzie dalej
do ryneczku, a na trasie
z dala widać Panią Jasię.


Gdzieś Ty była ?
Skąd się wzięła ?
Myślałyśmy, żeś ... zginęła.
A tym czasem Pani Jasia
potupała na obcasach
podpierając się laseczką.
Odwiedziła źródełeczko.
Pani Jasia zwinna , mała
do p i j a l n i poleciała
i gdy grupa sie schodziła
- ona wody się napiła.
Ona jedna w Bardejovie
o tej wodzie nam opowie.


Znowu miasto i zwiedzanie.
Nie zgubcie sie drogie panie !
My za panem przewodnikiem
okutane już szalikiem
na zakupy podążamy -
Panią Jasię z tyłu mamy.
Nagle znikła. Pewnie zginie !
Znów niepokój tkwi w Grażynie...
Aj ! Nie prawda, za chwileczkę
Pani Jasia mknie z wózeczkiem

środkiem sklepu.
W międzyczasie,
w zamieszaniu, w ambarasie
Pani Jasia coś nabyła,
gdzieś zajrzała, grosz straciła
na karteczki, pamiąteczki...
A wy ? Jak tam dziewczyneczki ?
Macie kartki z Bardejova ?
Oj ! Nie macie, oj! Frajerki !
A tam przecież wybór wielki !


Tak to nasza Pani Jasia
z kostureczkiem, na obcasach
wciąż nas dziwi i zdumiewa.
Gdzież się siła ta podziewa
co nią kręci cały czas ?
Gdybyż tyle siły w nas !


Gdyby ktoś wymyślił biegi
poprzez zaspy, poprzez śniegi -
z Panią Jasią nikt nie wygra.
Wnet na metę pierwsza przygna.
Jak w tej bajce Krasickiego,
w której zając się z kolegą żółwiem
o bieg pozakładał.
No i przegrał...
potem biadał.

                      
 Rymanów 14.12.97


pani Jasia w Bardejovie  foto G.A.Lidtke


ŚLICZNA WYCIECZKA


Jeżeli kiedyś rzucą cię Bogi
na rymanowskie szlaki i drogi
jeśliś podróżnik, albo turysta
albo kuracjusz- rzecz oczywista
strzeż się – czyś mały jest czy też duży-
wszelkich krośnieńskich tam biur podróży.

Owoż zdarzyło się w jednej grupie
że mieli razem zebrać się w kupie
i na Słowację ruszyć z ochotą
chociaż na drogach mokro i błoto.

Autokar rusza spod „Eskulapa”
w fotel zapada ostatnia gapa.
Jadą i patrzą – pejzaż na dłoni
ciężka waluta w kieszeniach dzwoni.

Tour pilotuje jedna chłopczyna.
Wygląda na to, że on zaczyna dziś
po raz pierwszy prowadzić grupę.
Jeśli się uda, to padnę trupem.

Coś opowiada o okolicy
wspomina wojny, zabitych liczy
a my widoków pięknych spragnieni
siedzimy w pustkę okien wpatrzeni.

Toż nie ta klasa – panie kolego !
Gdzież go porównać do Antoniego
co anegdotą rzuci, kawałem
a potem jeszcze śpiewa z zapałem.
Wszystko opisze - choć dawno ciemno
i oknem dostrzec by to daremno -
ale opisze ze swadą wielką
każdą chałupkę, budowlę wszelką,
przybliży postać w ogóle nieznaną
i tę o której w książkach czytano,
kawał góralski opowie sprośnie
poezją rymnie- aż serce rośnie.

A To, co dzisiaj wiedzie wyprawę
takie To jakieś dziwne, niemrawe.

brak Mu prezencji oraz męskości
Ale ! Na razie jedziemy w gości.

Już coraz bliżej góry wysokie
gdzieś tam ... granica jak sięgnąć okiem
i coraz piękniej świat się przedstawia
bo zamiast deszczu śnieg się pojawia.

Stają szroniaste drzewa, doliny -
z zachwytu piszczą w aucie dziewczyny.
W ruch aparaty ku oknom bieżą
a góry błyszczą, a góry śnieżą.

Mijamy Królik Polski, Wołoski
przejazd przez kręte drogi, przez mostki...
Wreszcie Barwinek, a w nim granica.
Zaraz spytają co kto przemyca (?).

Stoimy w szyku, autobus sapie,
każdy za paszport szybko się łapie.
Wchodzi pan celnik, groźnie spogląda
i dokumentów ze zdjęciem żąda.
Pozbierał wszystkie, ułożył w kupkę
i się oddalił pod celną budkę.

Autobus mruczy, dymi i dyszy. Swąd,
że aż w płucach chrobot się słyszy.
Cisza. Stoimy. Długo – niestety.
Można poszukać by toalety ...
Jest ? Nawet stoi domek kloaczy,
lecz nikt do środka wpuścić nie raczy.

Znów tradycyjnie na polskiej stronie -
każdy z nas prędzej w błocie utonie-
zanim przybytek znajdzie w potrzebie.
Po tym poznamy – żeśmy u siebie .
Wieść gminna niesie z kraju do kraju
że jak P o l a c y – to nie sikają.

Autobus stoi. Przerwa w podróży.
Ciekawe czemu przerwa ta służy ?
A jednak kłopot jakiś wynika...
Już każdy pytać chce przewodnika,


a On tymczasem wpada – wypada,
złym okiem toczy i ... nic nie gada.
Raz zapytany prosto w nos
zaczyna nagle podnosić głos.

Jeden kuracjusz – wściekły jak osa
wyszedł i z nerwów ćmi papierosa.
Ledwie pociągnął dwa duże szlugi
a tu wyłazi już palacz drugi
potem i trzeci, a wreszcie czwarty,
lecz nasz autobus stoi uparty
Stoi i dymi dmucha i smrodzi.
ciekawe komu najpierw zaszkodzi ?

Pilot – meteor zajrzał i znika
znowu podąża do drzwi celnika,
za nim przemyka pan z Lwówka właśnie
i głośno żąda jakichś – wyjaśnień !.
Nerwy puszczają. Wrze w autobusie,
lecz ani drgniemy, tkwimy w przymusie.
Wreszcie przybywa wieść dookolna
że nasza droga może być wolna
i że autokar przejechać może,
lecz pan przewodnik n i e ! nie daj Boże !
Wnet zapytany o sedno sporu
nie chciał rozmawiać. Był bez humoru.
Wręcz przyduszony w całej tej biedzie
oznajmił wszystkim, że lista jedzie.
Każdy zapyta : co to za lista ?
Lista podróżnych – rzecz oczywista.

Spytajmy zatem- co to się stało ?
Czy nas za dużo czy też za mało ?
On się tłumaczy :- Celnik niecnota !
Taka mu przyszła dzisiaj ochota,
ze wczoraj puszczał, a dziś nie puszcza
i nie pomoże cała ta tłuszcza,
co rozsierdzona warczy i mruczy.
Niech się podróżny czekać nauczy !
Wszak to nie wina jest przewodnika
że on nie lubi pana celnika.
Ale załatwi i dobrze będzie.
Niedługo kurier z Krosna przybędzie.


A ty kurierem – pani od listy,
co spisywała dane turysty.
Pani pyskata i wygadana
pewnie załatwi coś – proszę pana.

Wtem pan ze Lwówka, nieco krzykliwy
poszedł zapytać- Co to za dziwy ?
I jak z historii dalszej wynika
sam przyprowadził pana celnika.
Celnik słowacki w niejasnych słowach
wskazał winnego i ,,, znów się schował.

Długo. Godziny dwie już mijają ...
Ludzie pojęcia o tym nie mają
kto tu zawinił i o co chodzi.
Czemu autobus stoi i smrodzi ?

Po trzech godzinach zjawia się b i u r o.
Aż z Krosna jedzie z papierów furą.
Wszystko załatwia i macha listą.
Skrzętnie unika styku z turystą.
Aż nagle znika ! ale jedziemy ?!
Gdzie tam ! Po środku sobie staniemy
między granicą teraz utkniemy...

I nadal targi i nadal swary.
Przewodnik poszedł znów na wagary.
Nic nie załatwił, nic nie tłumaczy.
W ogóle rozmawiać z nami nie raczy.
W końcu ponownie celnik przybywa.
Straszny bałagan już nam odkrywa.
Palcem wskazuje winne pacholę.
...
Puścił nas wreszcie. Przerwał niedolę
Chłopię radosne. Nowa ochota.
Juz obiecuje góry za złota :
że na koszt firmy więcej zwiedzimy
i dodatkowo „coś „ zaliczymy.
Nastrój powraca raźny i żwawy
wszyscy się cieszą z dalszej wyprawy.

Do Bardejova droga prowadzi.
Tam skansen, kurort i dobre wody.
Jakiej się napić – przewodnik młody


wnet nam pokaże, dobrze doradzi.
Teraz wysiadka.( gdzieś z boku drogi ).
Nie na parkingu ? Parking za drogi !
- tu zapytanie : Co nasze biuro
mogło uczynić z pieniędzy furą,
którą do wszystkich spiesznie zebrało,
- czyżby na prking nie wystarczało ?
Lepiej odległość pokonać pieszo.
- Niech się poślizgną !
- Niech się ucieszą !
 A pani z laską – jeśli upadnie,
to będzie śmiesznie, to będzie ładnie.
 N.. no... nie upadła aż do kolacji.
 Przez to nie było żadnych atrakcji.

Język na brodzie. Skansen, muzeum...
i nagle ciemno. Świeci się neon.
Teraz gromadą w pięknym ordynku
stanęła polska grupa na rynku.
Wieczór. Latarnie miodowo świecą.
Tak by się chciało obejrzeć nieco.
No i co z tego – kiedy zamknięto ...
i tak nas w tęgi bambus n a r ż n i ę t o.

Z rynku do sklepu – zalać robaka.
Ot i wycieczka była to taka !
Ktoś ma żal może ? Jakimż to prawem ?
Przecież mieliśmy świetną zabawę.
Obejrzeliśmy cuda i dziwa ...
za cały m i l i o n dali nam piwa.
I zakończona wycieczka taaa... ka
teraz do domu – zalać robaka.



                              ( Rymanów 13.12.97 )
 

Rymanów :     1       2       3       4        5        6           powrót

stat4u